Zwykle zachowywał spokój.
Stanowczy, gdy trzeba, ale wyluzowany w kontaktach z rodziną.
Za każdym razem, gdy się zatrzymywałem, witał mnie pytaniem: „Co Tyler znowu zrobił?”.
Nie tym razem.
Spojrzał na balony w mojej ręce, a potem na moją twarz.
Coś we mnie zrobiło się zimne.
Kapitan Reyes zatrzymał się kilka stóp dalej.
Przez jedną dziwną sekundę żadne z nas się nie odezwało.
Balony za mną poruszyły się.
Ciasto nagle wydało mi się cięższe w rękach.
„Jeszcze nie wiesz?” zapytał.
Przez chwilę myślałem, że źle zrozumiałem.
„Co masz na myśli?” zapytałem.
Wyraz twarzy kapitana Reyesa natychmiast się zmienił.
Spojrzał ponad moim ramieniem w stronę pozostałych strażaków, jakby chciał, żeby któryś z nich wkroczył i wyrwał go z rozmowy.
Nikt tego nie zrobił.
Moje serce zaczęło walić.
“Wiesz co?”
Kapitan Reyes zniżył głos.
„Amanda, dlaczego nie odłożysz ciasta?”
To zdanie przeraziło mnie bardziej niż jego pytanie.
“NIE.”
“Amanda.”
Gdzie jest Tyler?
Moje palce zacisnęły się na tekturowym pudełku.
Kapitan Reyes ostrożnie zrobił jeden krok w moją stronę.
“Nie ma go tutaj.”
“Widzę to.”
Mój głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzałem.
„Gdzie on jest?”
Jeden z balonów wypadł mi z nadgarstka i poleciał w stronę sufitu.
Nikt nie ruszył się, żeby go złapać.
Kapitan Reyes potarł szczękę.
„Dziś rano doszło do pewnego incydentu”.
Pokój zdawał się przechylać.
„Jaki incydent?”
„Był na rozmowie.”
Spojrzałam na niego.
Tyler odbył setki połączeń.
Już wcześniej wracał do domu z siniakami.
Pewnego razu trzeba było założyć mu szwy na przedramieniu.
Innym razem przez dwa dni narzekał na żebra po tym, jak niedaleko niego zawaliła się część sufitu.
Zawsze mi później opowiadał.
Zwykle dużo później.
“Co się stało?”
Kapitan Reyes zawahał się.
To wahanie sprawiło, że moje kolana się ugięły.
„Czy on żyje?”
Jego oczy się rozszerzyły.
„Tak. Amanda, tak. On żyje.”
W końcu odetchnąłem.
Nie było to co prawda uczucie ulgi.
To wystarczyło, żeby utrzymać mnie na nogach.
„To powiedz mi, gdzie jest mój mąż”.
Kapitan Reyes odsunął krzesło od stołu.
Zignorowałem to.
„Zabrano go do kościoła św. Mateusza”.
Poczułem ucisk w żołądku.
“Dlaczego?”
“Zrobił sobie krzywdę.”
Ciasto prawie wypadło mi z rąk.
Strażak o nazwisku Grant rzucił się do przodu i złapał krawędź pudełka, zanim uderzyło ono o podłogę.
„Mam to” – powiedział cicho.
Pozwoliłem mu je wziąć.
Moje ręce trzęsły się tak bardzo, że i tak nie dałbym rady wytrzymać dłużej.
„Jak bardzo?” zapytałem.
Kapitan Reyes spojrzał mi prosto w oczy.
„Był przytomny, kiedy go transportowali”.
To nie była odpowiedź.
„Jak bardzo?”
„Dziś rano wybuchł pożar w magazynie. Zawaliła się część konstrukcji wewnętrznej.”
Zrobiło mi się sucho w ustach.
Kapitan Reyes kontynuował ostrożnie.
Tyler i dwóch innych było w środku. Udało im się wszystkich wydostać, ale Tyler przyjął na siebie największe uderzenie.
Przycisnąłem jedną rękę do piersi.
„Zadzwonił do mnie dziś rano.”
“Ja wiem.”
„Brzmiał dobrze”.
„To było przed telefonem.”