Część 1:
Poznałem Danę Harland w jej biurze na drugim piętrze starego ceglanego budynku w centrum miasta, tuż nad kawiarnią, która pachniała lepiej niż sama kawa. Miała około czterdziestu pięciu lat, bystre spojrzenie i spokojną aparycję – kogoś, kto przez lata słuchał problemów innych ludzi, nigdy nie tracąc nad nimi kontroli.
„Opowiedz mi wszystko” – poprosiła.
Tak też zrobiłem.
Kolacja.
Obelgi.
Trzy lata wsparcia finansowego.
Raty za samochód.
Ubezpieczenie zdrowotne.
Rachunki za operacje.
Przelewy pieniężne.
I Barbara, która pojawiła się w moich drzwiach – najpierw płacząc, a potem grożąc utratą opieki, gdy manipulacje zawiodły.
Dana słuchała bez przerwy.
Kiedy skończyłam, lekko postukała długopisem w notatnik.
„Jak myślisz, jak poważna ona jest?”
„Bardzo poważne.”
„W takim razie traktujemy to poważnie”.
To jedno zdanie pomogło bardziej, niż jakakolwiek pociecha.
Wyjaśniła, co Barbara prawdopodobnie zrobi dalej – złoży wniosek o opiekę w nagłych wypadkach, będzie twierdzić, że jestem niestabilna, będzie twierdzić, że jest lepszą opiekunką i spróbuje wykorzystać żałobę jako dowód przeciwko mnie. Od tego momentu powiedziano mi, żebym w ogóle się nie angażowała. Żadnych telefonów. Żadnych wiadomości. Wszystko będzie przechodzić przez nią.
Potem zapytała, czy mam jakieś płyty.